poniedziałek, 3 marca 2014

Tydzień w filiżance gorącej czekolady - A week in a cup of hot chocolate

Ten tydzień minął w zmiennym tempie. Wystartował leniwie, żeby pod koniec przyspieszyć i wpuścić mnie znów w wir pracy. Pierwsze zajęcia w szkole rodzenia za nami. Przez godzinę bujaliśmy się z panem mężem jak wieloryb na fali (to głównie ja) ale było nawet miło. I nawet wygodnie w nowych ciążowych portkach dresowych. 


Oczywiście należało uzupełnić stracone kalorie, a ponieważ wstręt do smażonych potraw nieco osłabł przypomniałam sobie o plackach z gotowanych ziemniaków. Olśnienie to szybko zmieniło się twór namacalny, a nawet jadalny. Wieczory umilała nam za to gorąca czekolada.


Nie obyło się bez nowości domowych, których nasze lokum pożąda bardzo namiętnie. Po ponad dwóch latach ciągle się urządzamy i końca nie widać. Ale w myśl, że proces jest celem samym w sobie, dokładamy powoli drobne kawałki do naszej układanki. Wiem tylko jedno, nie zamierzam się przeprowadzać przez najbliższe milion lat. (Czy są jeszcze osoby, dla których zmiana miejsca zamieszkania to taka trauma?). Tym razem przybyły dwa małe obrazki na zagłówku łóżka wypełniając od dawna oczekujące ramki z empiku, zakupione w jakiejś groszowej wyprzedaży (czyli profesjonalnie upolowane). Same rysunki "made by me".


Tydzień skończył się wielką kumulacją pracy zawodowej oraz doświadczeń z cyklu "nowy sezon Hannibala", "rozdanie Oscarów" i "kochanie, mam już dość wybierania wózków i łóżeczek". Zobaczymy co przyniesie kolejny :)

środa, 26 lutego 2014

Małe kawałki domu - Little pieces of home

Leniwe popołudnia, jeśli już się przytrafią, mają cudowny zapach kradzionej wolności i czekolady...



poniedziałek, 24 lutego 2014

Moja ściana książek - My wall of books


Odkąd pamiętam w każdym domu czy mieszkaniu, do którego wprowadzaliśmy się za moich lat młodzieńczych tata urządzał w pokoju dziennym godne miejsce ekspozycji dla naszych okazałych zbiorów książkowych. Kończyło się to zwykle na zajęciu przez szacowne papierowe towarzystwo powierzchni całej ściany i było dla mnie najbardziej kojącym i "domowym" widokiem jaki zachowałam w pamięci. Kiedy przyszła pora na urządzanie swoich czterech kątów jednym z największych priorytetów było zagospodarowanie kawałka przestrzeni na własne zbiory, jeszcze skromne ale o statusie rozwojowym. Długi czas biedne woluminy gnieździły się w kartonach zanim udało mi się podjąć decyzję o kształcie regałów, które teraz stały się największą ozdobą przestrzeni dziennej. Były robione na zamówienie, ważą chyba trzy tony (a z zawartością pewnie pięć) ale dają dokładnie ten efekt, o który mi chodziło. I kiedy wracam do domu zmęczona, bez energii i siły na cokolwiek wystarczy jedno spojrzenie w stronę mojej "ściany książek" żeby poczuć się jak u siebie.